Zaznacz stronę

Maskarada

Pamiętasz swoich przyjaciół?

 

W czasach mojego dzieciństwa popularne były “bramy”. Dzieciaki trzymając się za ręce stawały przed samochodem z parą młodą i czekały. Rzucą jakieś monety? Nie rzucą?
Raz rzucili. I to całkiem sporo. Do tego w niemieckich markach. Banda dzieciaków wręcz wskakiwała pod samochód. Ja stałem i patrzyłem, jakoś nie czułem tego, żeby pełzać po ulicy i łapać monety jak jakieś zwierzę z pianą w ustach i przekrwionymi oczami.
Oczywiście wszystko policzyli i równo rozdzielili. Ja nagle stałem się niewidzialny. Oni pobiegli do kantoru, później do sklepu po słodycze… a ja nadal byłem niewidzialny. Dla zapełnienia własnej kiszki cukrem potrafili olać kumpla z którym każdego dnia biegali po osiedlu.

Nigdy nie byłem kujonem, nie musiałem nauczycielom włazić w dupę. Rok w rok z matematyki same piątki. Nie licząc ostatniej klasy gimnazjum…
Koniec roku i ostatni, wielki test, by mieć jak najlepszą ocenę na świadectwie. Stres, nerwy… a finalnie wyglądało to tak, że jeśli się pojawiłeś – miałeś wyższą ocenę za free. Pech chciał, że byłem wtedy chory i mnie tam nie było. Bardzo dobrze pamiętam jak kilka dni później chciałem ten test napisać. Tłumaczę kobiecinie, że “materiał mam opanowany perfekcyjnie i chcę napisać sprawdzian… mimo tego, że reszta go nie pisała“. Wiedziałem, że to dla mnie nie problem i ocena wręcz mi się należała. Jedyne co usłyszałem to: “za późno“. Suka. Wredna, jebana suka. Ale nie to było najgorsze… cała klasa… wszyscy kumple i przyjaciele… ci, z którymi grałem w piłkę przez bite dziewięć lat… zero reakcji. Nikt się nie odezwał. Ich dupy były bezpieczne.

Dużo kiedyś się grało w prawdziwe, papierowe RPGi, planszówki i gry karciane. Z kasą było ciężko, a te hobby do tanich nie należało. Przykro mi się zrobiło jak moje podręczniki i inne akcesoria zostały poniszczone przez kumpli. Zbierałem kasę z urodzin i kieszonkowego, by to wszystko kupić, a nigdy nie usłyszałem nawet “sorry, stary“.
Jeszcze gorsze było jak za karty kazali sobie płacić po 10, 20, 50 groszy… mimo iż dawałem im swoje, których nie potrzebowałem, a były warte więcej. Deal życia.
Sfrajerzyłem. Za bardzo byłem skupiony na hobby i nie zauważałem jak mnie dymali. Nie zawsze – raz na jakiś czas. Ale dymali.

Dostałem kiedyś ofertę pracy od dobrego kumpla. Jego wujek miał firmę i dawał młodemu jakieś proste zadania. Potrzebowali jednak jeszcze kogoś do pomocy. Stali pracownicy chyba się na nich wypięli (tak to wtedy zrozumiałem z jego wypowiedzi), więc kumpel zapytał mnie czy nie chcę sobie dorobić. Wstępnie się zgodziłem, pieniądze się przydadzą. Kilka godzin później coś mnie jednak tknęło… tak bez powodu pracownicy grupowo olali pracodawcę? Zapytałem więc o konkrety – co będę musiał robić, jak długo i jaką stawkę może mi zaoferować za pracę. “Dorobisz sobie na wakacje“. Zero konkretów, wręcz ucinanie tematu. Olałem to. I teraz najlepsze – to ja wyszedłem na tego złego! Oni mieli planu, umowy, zobowiązania… a ja to wszystko zjebałem. Od tamtej pory nie mam z człowiekiem cokolwiek wspólnego.

Był taki jeden “inteligentny cham”. Każdy takiego znał – bardzo dobry znajomy, czasami kumpel, nierzadko przyjaciel. Totalny świr, ale dało się z nim pogadać na poziomie. O wszystkim.
Musiałem przymykać oko na jego głupie dogadywanie. Kiedy żydził i lekko naciągał na hajs w sklepie – przymykałem drugie. Ja nie zbiednieję, on się nie wzbogaci. Ale po czasie… to już było męczące. Zacząłem się czuć jak sponsor. Sponsor, który zamiast podymać… jest dymany.
Można dawać szanse i oczekiwać poprawy. Sam nie wiem jakiej, ale czekałem. A on był coraz gorszy, coraz bardziej męczący. Zrobiła się z tego mocno toksyczna znajomość. Trzeba było z tym skończyć.
Najgorsze jest to, że to mi jest głupio. Jak go widzę na ulicy – omijam szerokim łukiem, bo jest mi głupio. Facet zachowywał się jak kutas, a mi jest głupio!

Około 33% czasu spędzam w pracy. Wśród wielu, wielu osób. Na płaszczyźnie zawodowej są to wspaniali ludzie – fachowcy w swoich dziedzinach. Zawsze pomogą i wytłumaczą, ode mnie też tego mogą oczekiwać. Ale to tylko praca… płacą nam za to.
Płaszczyzna międzyludzka? Dno. Można dostrzec pogardę dla pracowników na niższych stanowiskach. Da się usłyszeć jak każdy każdego obgaduje za plecami. Im ktoś jest wyżej na drabinie kariery tym więcej słomy wychodzi mu z butów – tak to widzą ci z dołu. Im jesteś niżej tym jesteś głupszy i mniej kompetentny – myslą ci na górze. Wszyscy mają rację i wszyscy są w błędzie jednocześnie.
Na szczęście po ośmiu godzinach kasuję ich ze swojego mózgu. Kolejne sztuczne uśmiechy dopiero za szesnaście godzin.

Czy ze mną jest coś nie tak? Bo mam jakieś przekonania? Bo wymagam czegoś od drugiej osoby? Braterstwa? Stosowania zasady “albo wszyscy, albo nikt”? Nie bycia dla kogokolwiek chujkiem? Patrzenia szerzej?
Czasami mam wrażenie, że tylko mi wpoili dobre zasady.
Czuję się samotny, ale nigdy się nie zbłaźniłem przed znajomym, kumplem czy przyjacielem. Nie czuję się #przegryw – jestem po prostu rozczarowany. I teraz mam to w dupie.

Czasami żałuję, że nie jestem głupszy. Świat byłby prostszy, a ja bym w tej iluzji tkwił i nawet o tym nie wiedział.
Częściej jednak czuję się jak #wygryw. Dostrzegam całą tę maskaradę i jestem ponad nią. Cieszę się, że moja rzeczywistość to nie fikcja.

Prześlij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *